Side Quest #4 (maj 2026)
Witam w kolejnej odsłonie cyklu Side Quest, czyli naszej comiesięcznej serii krótkich felietonów autorstwa redaktorów Cross-Playa. W tym wydaniu hrabia dywaguje nad głodem gatunkowym, May_Day docenia zaufanie twórców Mafii do gracza, a Tom rozbija się kamperem po lesie w RV There Yet?. Miłej lektury!
Ile jesteś w stanie ścierpieć?
May_Day: Zanim pierwsza Mafia pozwoli nam poczuć się jak rasowy gangster, dość dobrze przybliża nam zawód… taksówkarza. W jednej z początkowych misji spędzamy lwią część czasu na przewożeniu klientów z miejsca w miejsce. W trakcie jazdy pasażerowie nie omieszkają nam robić wyrzutów, gdy pojedziemy za wolno, za szybko czy zahaczymy o krawężnik. Nie trzeba długo czekać, by ogarnęła nas chęć uduszenia marudnego delikwenta lub umyślnego spowodowania wypadku.
Etap ten ma sens o tyle, że pokazuje nudną egzystencję zwykłego zjadacza chleba i sprawia, że wstąpienie w szeregi organizacji przestępczej wydaje się być kuszącą alternatywą, z której w końcu korzysta główny bohater gry, Tommy Angelo. Co prawda żywot mafioza też nie jest usłany różami, ale jest za to nieporównywalnie ciekawszy. Innymi słowy, gra celowo wywołuje w nas dyskomfort, abyśmy mogli poczuć to, co poczuł Tommy.
W dobie produkcji nieustannie chuchających na gracza, byleby, broń Boże, nie odłożył gry na półkę, takie podejście jest odświeżające. Pokazuje, że twórcy gry wierzą, że jesteśmy w stanie znieść te dwadzieścia-trzydzieści minut nudy i frustracji, by otrzymać nagrodę w postaci zarówno intrygującej historii, jak i bardziej angażującego gameplayu w późniejszych etapach gry. Gdybym odpuścił już na tym etapie (a taka pokusa była, oj, była), to byłbym stratny.

I nie jest to jakaś wiedza tajemna. Z powodzeniem wykorzystało ją chociażby Naughty Dog w The Last of Us Part II, wywołując w graczach furię w scenie sami-wiemy-której. Z kolei taki Pathologic wręcz opiera się na wywoływaniu w nas poczucia beznadziei i bezsilności wobec zarazy, którą próbujemy opanować podczas grania. Jest to podejście co najmniej nieintuicyjne, ale skoro wydano niedawno trzecią odsłonę tej serii, znalazło swoją niszę.
Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie wytrzymać ten dyskomfort i odkryć coś nowego w naszym ulubionym hobby?
Głód czy przejedzenie?
hrabia: Od zakończenia mojej przygody w Bloodborne minęło raptem kilka miesięcy, a ja czuję piekącą potrzebę powrotu. Nie do Yharnam, ani tym bardziej nie do zatęchłych komnat Lochów Kielicha. To głód soulslike’a, gatunku, który od dłuższego czasu oferuje mi przeogromne pokłady satysfakcji. A w tym zakresie mam co nadrabiać! Skąd więc ten głód? Bo tak już mam, że gdy bardzo lubię dany gatunek, to po dłuższej przerwie łaknę kolejnej dawki znanej mi formuły. I mam tak nie tylko z grami typu soulslike. Co jakiś czas włącza się u mnie głód platformówek, tęsknota za dziecięcymi latami spędzonymi z Crashem i Spyro. Co wtedy robię? Sięgam po któregoś z klasyków lub tego typu nowości. Podobnie mam z wieloma innymi gatunkami, czy to sieciowym FPS-em, rozbudowany hack’n’slashem czy kolejny survival horrorem z kupki wstydu. I z tego co się orientuję, nie jestem w tym temacie graczem odosobnionym!
Gatunkowe wyposzczenie wpływa nie tylko na to, po co aktualnie sięgamy, ale też często na nasz odbiór gry. Bywa tak, że w wyniku tęsknoty za danym gatunkiem, znacznie większą ilość niedoróbek jesteśmy w stanie puścić twórcom płazem. Potrafimy przymknąć oko na leniwą optymalizację, słabe zadania poboczne czy sklejone naprędce zakończenie. Nieraz nawet zapominamy o wadach podobnych produkcji, by przy nowym tytule raz jeszcze zderzyć się ze starymi problemami.

Na drugiej stronie medalu jest syndrom, który lubię określać jako gatunkowe przejedzenie. Nie wiem czy też tak macie, ale ja muszę zrobić sobie czasami krótką przerwę nawet od swoich ulubionych gatunków gier. Potrzebuję choć przez chwilę odpocząć od danej formuły, sprawić, by połączenia nerwowe miały chwilę na regenerację, a zwoje mózgowe ponownie zatęskniły za inicjatorami podobnych emocji.
Jestem świeżo po scalakowaniu gry Ball x Pit na konsoli Xbox Series X (recenzja w maju!), co zajęło mi trochę ponad 40 godzin. Była to bardzo satysfakcjonująca i wciągająca zabawa. I choć korci mnie niezmiernie, by rzucić się na najnowszy hit tego gatunku, Vampire Crawlers (a przy okazji odświeżyć sobie również Vampire Survivors), tak czuję w trzewiach, że nie jest to najlepszy pomysł. Muszę choć przez krótką chwilę odpocząć od tego typu gier, by później nie doprowadzić się do stanu, w którym zacznę podświadomie odkładać je na bok, a nowych całkowicie unikać. Ostateczną fazą tego stanu jest wszak faza limbo, do której dane tytuły trafiają na długie lata. Nie chcemy tego, prawda?
Ale skutkiem przesycenia gatunkiem może być jeszcze jeden efekt uboczny. Nasze malkontenctwo w kwestii odbioru gry, choćby nawet była ona bardzo dobra. Gdybyśmy, przeżarci rozbuchanymi do granic możliwości otwartymi światami, trafili do kolejnego z nich, niemal identycznego, wiecie, jak mogłoby się to skończyć. I choć przyszedł mi kiedyś do głowy pewien szalony pomysł, aby nadrobić trzy odsłony serii Assassin’s Creed: Origins, Odyssey i Valhallę jedną po drugim, efekt tego mógłby być opłakany w skutkach. I dożywotnie utracenie zainteresowania grami wideo nie jest tu wcale scenariuszem najgorszym z możliwych. Gdybym jednak pokusił się kiedyś o podobny masochizm, odwiedzajcie mnie proszę w hotelu z pokojami bez klamek… Z góry dziękuję.
Macie podobnie? Czujecie czasami gatunkowy głód? A może, przebodźcowani danym formatem, musicie od niego odpocząć i zająć się czymś innym? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.
Spadamy wesołym kamperem w przepaść
Tom: Jakiś czas temu wraz z dwoma kumplami przeszedłem RV There Yet? (plus darmowy dodatek zimowy Mt. Yurbuttsk). Tytuł gry jest zabawą słowną, łączącą w sobie pytanie: „Are we there yet?” („Daleko jeszcze?”) i frazę RV (Recreational Vehicle), oznaczającą kampera. Rozgrywka jest, z pozoru, banalnie prosta i polega na przejechaniu tytułowym pojazdem do wyznaczonego miejsca. Główne założenia opierają się jednak również na nieprzewidywalnej fizyce, współpracy między graczami i kombinowaniu jak koń pod górę w pokonywaniu terenowych zawiłości. W końcu jest to również najlepszy przedstawiciel tak zwanego friendslopu, czyli gier, które dają najwięcej frajdy, gdy gra się w nie z przyjaciółmi, przeżywając z nimi przeróżne perypetie i autentycznie zabawne sytuacje.
Wymienię parę akcji, chociaż umówmy się – nawet tysiąc słów nie odda humoru sytuacyjnego w RV There Yet?. W pewnym momencie nasz kamper został zaatakowany przez niedźwiedzia. Kumpel zasiadający za kółkiem stwierdził, że przejedzie futrzaka, tyle tylko że jego ,,nieśmiertelność” (gra nie pozwala na zabijanie występującej tu fauny) i wariująca fizyka sprawiły, że misiek wtopił się w tekstury pojazdu, lądując w kabinie (patrz: filmik). Innym razem ktoś nie zauważył przerwy między deskami i spadł w przepaść, trzymając jedyny pilot obsługujący wyciągarkę, bez której nie można było wciągnąć pojazdu na szczyt. Wybuchająca mina eksplodowała, kiedy mój przyjaciel z centymetrową precyzją układał deski, po czym poleciał w powietrze niczym worek kartofli. Dodajmy do tego spadające z urwiska plastikowe łosie, które można ugotować, kampera tańczącego na kamieniach wskutek wariującej fizyki czy wysadzenie pojazdu w powietrze przez przypadek, kiedy to znajomy, wrzucając do środka przedmioty pierwszej potrzeby, trafił na nitroglicerynę, a otrzymamy ciekawą kompilację absurdalnych sytuacji.
Dochodzą do tego przeróżne zadania, których nie sposób dobrze zaplanować, bo nie wiesz, jak się zachowa sterowany pojazd. Teren jest różnorodnie uformowany i posiada pułapki stworzone przez naturę. Od gejzerów i aligatorów czyhających w wodzie, po zdradliwe bagna i wąskie pomosty zbudowane z kilku desek na krzyż. Czasami kombinowaliśmy przez pół godziny i nic z tego nie wychodziło, a czasami ktoś stwierdził: „Ja tak nie zrobię? Potrzymaj mi piwo” i udawało się wykonać z pozoru niemożliwy manewr. Widać również, że twórcy, projektując tego indyka, mieli wywalone na dopracowanie fizyki: samochód potrafi skakać niczym piłeczka kauczukowa, a byle korona drzewa może zniszczyć połowę karoserii i urwać dach. Zabawne są również pewne mechaniki, które premiują trollowanie osób, które na dźwięk słowa „współpraca” zrzucają na ciebie 100-kilogramowy głaz. Na przykład można chwycić towarzysza i rzucić nim w dowolnym kierunku, powiedzmy: do dołu pełnego jadowitych węży. Nie zliczę, ile razy ktoś przejechał kogoś, „żeby było śmieszniej”. W końcu to podróż po trupach do celu, hehe.
Zapal fajkę, wypij browara, aby móc popchnąć „dupę” pojazdu, kiedy zaklinuje się w przerwie między deskami. Wrzuć kasetę z elektroniczną muzyką, rozwalaj się kamperem po lesie i ustal ze znajomymi, że będziecie ruszać głowami w sposób znany z tego filmu. Nie będziecie żałować wydanych 29 złotych na grę, gwarantuję. Kooperacyjna beka i piękna przygoda na kilkanaście godzin.










