Mortal Kombat: Flawless Victory – recenzja książki
Mortal Kombat to niemal 35 lat historii, ponad 20 gier i około setka postaci, a w gąszczu zawiłości fabularnych niełatwo się pogubić. Panaceum na tę bolączkę stanowi niejako „Mortal Kombat: Flawless Victory”, które przybliża nam zarówno świat Mortala, jak i parę szczegółów na temat powstawania kolejnych odsłon cyklu. Czy po lekturze można wyrecytować z pamięci wszystkie fatality Scorpiona? Zapraszam do recenzji!
Jak głosi podtytuł „Flawless Victory”, jest to ilustrowana historia kultowej serii. Znajdziemy tu 300 stron zdjęć, zrzutów ekranu, grafik koncepcyjnych, a nawet starych reklam. Całość okraszono stosownym komentarzem autora, Iana Flynna. Do tego dochodzą opisy zarówno gier, jak i map czy postaci (co prawda nie wszystkich, ale na brak tych kultowych nie będziecie narzekać), a także zarys fabuły kolejnych produkcji z serii – na tyle szczegółowy, aby w miarę bezproblemowo połapać się o co chodzi, ale nie na tyle drobiazgowy, by utonąć w oceanie detali. Swoje trzy grosze wrzucają również twórcy z NetherRealm Studios. A wszystko to na papierze kredowym i w twardej oprawie, dzięki czemu książka jest tak ciężka, że można nią wykonać fatality nawet na szerszeniu. Tylko po co brudzić tak piękną okładkę?
„Flawless Victory” przede wszystkim się ogląda, nie tylko czyta. Serio – concept artów i screenshotów są tu setki, zarówno z nowszych, jak i starszych odsłon. To jest największy plus opisywanej tu publikacji – bogactwo grafik jest tu niemalże przytłaczające. Nie zostały one też w żaden sposób ocenzurowane (to by było dopiero faux pas), więc krwawe fatality możemy podziwiać w pełnej krasie.

Autor opisuje gry w porządku chronologicznym, skupiając się na najważniejszych ich aspektach, ale też nie pomijając rozmaitych dziwactw w postaci Chess Kombat, Puzzle Kombat czy Motor Kombat. Osobne rozdziały poświęcono bohaterom i ich historiom. Miłym dodatkiem jest lista fatality danej postaci, więc tak – po lekturze da się wyrecytować z pamięci wszystkie fatality Scorpiona. Nie jestem tylko pewien, czy potrzebne były opisy strojów. Poza istotnymi szczegółami lub ciekawostkami wartymi odnotowania (na przykład o rękach Jaxa czy kolorze ubrań Johnny’ego Cage’a), zmiany odzienia po prostu widać na screenach.
Tę kronikę (czy raczej rozbudowane streszczenie) dziejów świata gry uzupełniają wypowiedzi deweloperów z NetherRealm, między innymi Eda Boona czy Thiago Gomesa, lecz najwięcej wartościowych cytatów można wyciągnąć z pierwszych kilkunastu stron „Flawless Victory”. Wiąże się z tym mój jedyny poważny zgrzyt wobec książki – szczegółów zza kulis jest tu zdecydowanie za mało, a po lekturze nadal nie jestem w stanie odróżnić Johna Tobiasa od Johna Vogela. Fabularyzowanego reportażu na miarę genialnego „Wilczym śladem” nie ma tu co oczekiwać.
(…) Na początku fabuła sprowadzała się do szeregu krótkich akapitów wprowadzających postacie i wyjaśniających, co im się przytrafiło po zwycięstwie w turnieju. Szczegóły uzupełniała wyobraźnia gracza. Wraz z postępem technologicznym (…) elementy fabularne stały się siłą napędową stojącą za wieloma decyzjami.
– Ed Boon, dyrektor kreatywny serii
Obecność wypowiedzi twórców gier dała też nadzieję na to, że dowiemy się co nieco o historii powstania kolejnych gier z cyklu, ale i tu muszę was rozczarować. „Flawless Victory” przeważnie trzyma się świata gier, a ciekawostki z zakresu ich developmentu mógłbym policzyć na palcach obu rąk. Treść dotycząca samych gier obejmuje tu jakieś 70% tekstu. Reszta to właśnie komentarze twórców i ciekawostki.
„Flawless Victory” najlepiej sprawdza się w roli ilustrowanego przewodnika po grach i postaciach z serii. Zarówno fani świata Mortala, jak i osoby nieobeznane w temacie, mogą sobie poukładać w głowie poszczególne wydarzenia z cyklu, podziwiając przy tym – ponownie – różnorodne grafiki i szkice. Autor sprawnie lawiruje pomiędzy różnymi erami sagi, nie gubiąc się w potencjalnych sprzecznościach i zawirowaniach czasowych, tak że nie odnosimy wrażenia, że niektóre wydarzenia są ze sobą sprzeczne. Tym bardziej szkoda, że nazwisko autora znajdziemy jedynie na grzbiecie książki (zamiast na okładce) i na ostatnich jej stronach.

I choć więcej tutaj jest do obejrzenia niż do przeczytania (a może właśnie dlatego), „Flawless Victory” bezbłędnie potrafi wprowadzić czytelnika w cudownie kiczowaty klimat gier. Rzadko się zdarza, bym wolał raczej sięgnąć po książkę niż wziąć udział w wirtualnym mordobiciu, ale Gamebook znowu wypuścił na rynek publikację, którą ciężko odłożyć na półkę. Prawdziwa gratka dla fanów serii i nie tylko!












