Ball x Pit
Tytuł gry sugeruje nam pewne działanie matematyczne. Przemnażając wesołą zabawę w kulkowego zbijaka przez niełatwą ekspedycję w głąb krateru, otrzymujemy nieskończone pokłady wyśmienitej zabawy! Ball x Pit to dowód na to, że w gatunku rogalikowych bullet helli da się wymyślić jeszcze wiele dobrego.
Kule x Otchłań
Strzelanie kulkami w opadające z góry klocki to koncepcja stara jak gamingowy świat. Mimo to, w zeszłym roku Kenny Sun pokazał graczom, że nawet tak oklepany format można wzbogacić o coś niezwykle świeżego i wciągającego. Po skrzyżowaniu klasycznego strzelania kulkami à la Bust-A-Move (czy tam Puzzle Bobble) z rogalikową euforią i chaosem rodem z Vampire Survivors, a także dodaniu do tego rozwoju osady podobnego do Cult of the Lamb, otrzymaliśmy jeden z najciekawszych indyków 2025 roku. Grę, która dzięki połączeniu kilku różnych konceptów i spójnej oprawie audiowizualnej zyskała swój własny, niezwykle oryginalny charakter.
Na pierwszy rzut oka zasady gry mogą wydawać się banalne i nazbyt staroszkolne. Uwierzcie mi jednak, w tej prostocie tkwi metoda na sukces! Początkowo mamy dostęp tylko do jednej postaci i do pierwszego poziomu. Bierzemy więc wojownika, wskakujemy na rampę i zjeżdżamy do krainy maszerujących kościotrupów. Następnie stajemy w wąskim korytarzu i rozpoczynamy to, co jest trzonem całej zabawy – zmasowany ostrzał w stronę zmierzających w dół ekranu oponentów. Za przeciwników robią tu klocki o różnorakich kształtach i gabarytach, a jako amunicji używamy kul, zarówno małych (podstawowych), jak i nieco większych, posiadających specjalne właściwości. Co jednak bardzo charakterystyczne, ilość pocisków jest ograniczona. Gdy więc w typowo „arkanoidowym” stylu wstrzelimy się wszystkim, co mamy, w lukę między wrogami, będziemy musieli poczekać, aż kuleczki do nas wrócą. Jeśli gwiazdy ułożą się dla nas pomyślnie, to pełne podejście zajmie nam około piętnastu do dwudziestu minut, włącznie z końcową walką z bossem.

Choć Ball x Pit nie jest typowym klonem z gatunku bullet heaven, podstawy rozgrywki oparto tu na wielu pokrewnych mechanikach. Podobieństwa dostrzeżemy natychmiast: zbieranie różnokolorowych kryształków doświadczenia z pokonanych przeciwników, dobieranie kolejnych narzędzi destrukcji po awansie na wyższy poziom, rozwój już posiadanego arsenału czy mechanika losowania nagród. Ta ostatnia jest, podobnie jak w Vampire Survivors, źródłem fascynującej niepewności i emocji, bo identycznie jak tam, zgarnąć możemy od jednej do aż pięciu nagród. Ulepszanie naszego buildu jest ograniczone ilością dużych kul, a także zdobywanymi w trakcie gry umiejętnościami pasywnymi.
Chaos x Destrukcja
Armatni asortyment jest tu przebogaty i w dalszym ciągu rozszerzany przez kolejne aktualizacje gry: od kulek ognistych, lodowych i nakładających na przeciwników statusy krwawienia czy trucizny, po trochę mniej oczywiste, jak kule rzucające urok, strzelające laserami czy przenikające przez wrogów. Każdą z nich najpierw ulepszamy, a następnie możemy połączyć z inną w ramach ewolucji. I tu zaczyna się prawdziwa frajda! Z około dwudziestu bazowych kulek możemy skleić ponad pięćdziesiąt różnych ewolucji. Połączywszy kulę świetlną i ognistą, otrzymamy spopielające wrogów Słońce, a wrzucając kulę stalową w objęcia czarnej materii, przekujemy ją w śmiercionośny Shuriken. Odkrywanie kolejnych ewolucji to świetna zabawa i motyw, dzięki któremu nawet po kilkunastu godzinach zabawy nie ma tu miejsca na nudę. Ciągle odkrywamy nowe kombinacje i ciekawe synergie między kulami.
W ramach łączenia kulek mamy jeszcze jedną mechanikę, tak zwaną fuzję. Pozwala ona każdą występującą w grze kulę, zarówno bazową, jak i ewolucję, połączyć z dowolną inną. Uzyskana w ten sposób krzyżówka zawierać będzie moce i zalety obydwu kul. Zapnijcie pasy, bo tutaj to dopiero mamy pole do popisu. Możliwe kombinacje idą w setki, a najefektowniejsze fuzje odkrywałem jeszcze długo po zobaczeniu napisów końcowych. Przykład? Łącząc osuwisko (ang. „landslide”) z ewolucją w postaci larw (ang. „maggot”), otrzymujemy chorą kombinację, w której każdy spadający na wroga kamień zaraża go jednocześnie larwami, a te wybuchając, wystrzeliwują dodatkowe kulki. Przeciwnicy znikają w tempie ekspresowym, a my podziwiamy chaos i poezję destrukcji.

Ciągle wam mało? Poza kulami, każdy nasz build uzupełniamy umiejętnościami pasywnymi, których obecnie do wyboru jest ponad sześćdziesiąt. Od przedmiotów po prostu zwiększających nasze statystyki, po pojawiających się na mapie pomocników. Z czasem wypracowałem sobie swoje ulubione zestawy pasywek, jednak zdarzały się również momenty, w których musiałem je dopasowywać pod konkretne kule czy bohatera. Mnogość tych ostatnich również jest ogromna. Na kolejnych etapach rozgrywki odblokowujemy dostęp do aż dwudziestu grywalnych postaci! I jakby tego było mało, od pewnego momentu możemy dobierać je w pary, dowolnie mieszając ich cechy i właściwości. Łącząc wszystkie te systemy do kupy, otrzymujemy fantastycznie przemyślaną pętlę rozgrywki, która zawiera w sobie mnóstwo niespodzianek. Kombinować możemy praktycznie w nieskończoność i nawet po kilkudziesięciu godzinach gry może nas zaskoczyć nowo odkryta nietuzinkowa synergia. I co bardzo ważne, w natłoku ciągłej walki i nieustannych wyborów, gra jest niezwykle czytelna i nawet przez chwilę nie daje nam odczuć, że tracimy kontrolę nad sytuacją na ekranie.
Rolnictwo x Handel
Pomiędzy kolejnymi runami powraca motyw znany z wielu innych gier typu roguelite, czyli rozwijanie naszej bazy-osady. Wznosimy w niej budynki odblokowujące kolejnych grywalnych bohaterów, ale również takie, które na stałe podbiją statystyki naszych postaci. Postawiwszy targowisko, możemy handlować surowcami, a inwestując w gildię, odblokujemy możliwość kontynuowania rozgrywki w trybie endless po ostatnim bossie. Nie obejdzie się również bez żonglerki surowcami, przypisywaniu mieszkańców do konkretnych prac czy zabawy w optymalne wykorzystywanie dostępnej przestrzeni. Urządzanie wioski początkowo jest skromne, jednak z czasem może dać nam równie wiele uciechy, co podróżowanie w głąb tunelu.

Tam, gdzie kończy się myślenie strategiczne, zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Wraz z przechodzeniem poziomów kolejnymi postaciami, odblokowujemy coraz szybsze i krótsze wersje znanych etapów. Ukończenie bazowej formy poziomu zajmuje około piętnastu minut, jednak później odblokowujemy aż dziesięć krótszych jej wersji. Ostatnia, czyli „Fast+9” skraca podstawowy czas rozgrywki do skromnych pięciu minut. Dopaminowe zastrzyki w tym gatunku jeszcze nigdy nie były tak bardzo skondensowane i uzależniające.
Do nielicznych wad gry zaliczyłbym przede wszystkim rozmywający się balans rozgrywki na późniejszych jej etapach. Inwestując w kolejne ulepszenia w wiosce, możemy łatwo sprawić, że gra stanie się dla nas zbyt banalna. Z czasem nie miało już znaczenia, jaką postać wybiorę, jakiego towarzysza jej dokooptuję i w którą stronę pokieruję swój build. Przez główną część rozgrywki przechodziłem jak taran, a prawdziwe wyzwanie pojawiało się dopiero po kilkunastu minutach wędrówki w trybie nieskończonej podróży. Można też pokręcić nosem na małe urozmaicenie dostępnych poziomów (których obecnie w grze jest osiem) czy nad bezużytecznością niektórych opcji w wiosce. No i oczywiście nad klasyką tego gatunku, czyli powtarzalnością, ale trudno mieć o to wielki żal do gry, która od początku doskonale wie, czym chce być. A chce być po prostu piekielnie grywalna.

Ball x Pit zachwycił mnie jako całokształt: niezwykle szerokim wyborem broni, różnorodnością postaci i mnogością dostępnych ulepszeń. Napisy końcowe zobaczyłem po dwudziestu pięciu godzinach gry, natomiast do odblokowania całej zawartości i zdobycia „calaka” potrzebowałem dwa razy więcej czasu. I tak jak już wspomniałem, na tym nie koniec, bo Kenny Sun ciągle rozwija swój tytuł, co jakiś czas dorzucając nam kolejnych bohaterów i nowe możliwości bojowe. Gra nie posiada przy tym żadnych mikropłatności, a dodatkowe postaci i kule nie są ukryte za płatnymi DLC. I to wszystko za skromne siedemdziesiąt złotych (lub nawet mniej, jeżeli używacie Steama) oraz w ramach usługi Game Pass. Czy trzeba jeszcze kogoś namawiać?
O fabule nie napisałem celowo, bo jest tutaj kompletnie niepotrzebna. Ball x Pit to świetnie przemyślany roguelite, który już po kilkunastu minutach zacznie owijać was sobie wokół palca. Rozgrywka jest prosta, satysfakcjonująca i szalenie uzależniająca, a to w tym formacie jest przecież najważniejsze. Polecam zarówno do krótkich sesji z telefonem, jak i całonocnych maratonów. Doskonała zabawa gwarantowana.











